#1Pamiętniki Podpokładowe. Podawaczka z”Szang-haju”, czyli moje początki na kelnerce.

 

Szybko, już! Teraz!

To, co robię w tej chwili, najlepiej gdyby było zrobione 5 minut temu. I gonię ten czas, którego w sumie nawet nie ma, ścigam się sama ze sobą, nie wiem po co, bo jeśli czegoś nie zdążę zrobić, to ktoś inny mnie dogoni i zrobi to bez słowa. Za mnie, dla mnie, bo tak trzeba.

Wchodzę na zmywak, tam, gdzie piętrzą się wieżowce z misek i talerzy. Czystych, lśniących, do wzięcia. Taki Szanghaj Pokładowy, budowany bez pozwolenia na super aktywnym tektonicznie podłożu.

Krok za krokiem, ostrożnie,  żeby się nie pośliznąć – bo w istocie, tylko piruetu, tutaj w okolicy tego ciasnego, spoconego zmywaka mi teraz brakuje. Zbliżam się do tych piętrowo ułożonych misek, ledwo wyplutych z maszyny, białych, zwyczajnych – bez szału zupełnie. Przemieszczam się powoli tym swoim niepewnie stawianym krokiem. A tam, stoją sobie te dwie porcelanowe wieże – jak z Tolkiena, samotne i niebezpiecznie wysokie. Troskliwe biorę w objęcia jedną z nich, a ta jeszcze ciepła, w odwecie parzy mi palce.

Jak uzbrojona torpeda mknę szybciutko w swoich nowych, czarnych szmaciakach, slalomem, wymijając korowody wygłodzonych gości, docieram do bazy, bezpiecznie…

Trzasskkkk…

– prawie bezpiecznie.  Shit.

Szanghajski wieżowiec z przeraźliwym brzdękiem wylądował na posadzce.

Cholera, misja się nie powiodła. Białe skorupki rozsypały się po ciemnych płytkach, przez ułamek sekundy koncentrujac na mnie uwagę całego otoczenia.

Podczas gdy moje kolorowe „ja” mantrycznie śpiewało mi w głowie: „spoko – loko rozbiłam stado misek i nic się nie stało”, moje nieśmiałe spojrzenie niepewnie skanowało podłogę w celu oszacowania strat.

Tamten ułamek sekundy, w którym los obryzgał mnie nieoczekiwaną popularnością i na moment poczułam się gwiazdą całej restauracji wystarczył, aby w momencie pojawiły się przy mnie dobre, pomocne duszki z mojej załogi kelnerskiej. Serducho mi zmiękło i taka soczysta tkliwość we mnie wstąpiła, gdy zobaczyłam jak jeden z nich maszeruje w moją stronę z miotełką, a ten drugi otacza mnie  wsparciem pourazowym, zwyczajną ludzką troską. Kochane, ucieleśnione anioły ziemskie, kelnerskie, pływające, z wami mogę pracować w tym kotle piekielnym! Dziękuje!

PS.

Siedząc bezpiecznie na sofie wieczorem w mesie i wpatrując się w ruchomy obraz TV, moje myśli  hasały po peryferiach wydarzeń minionego dnia.  W restauracji w której w ciągu dnia stołuje się około 1000 ludzkich żołądków, wśród stresu, biegu i notorycznie upaćkanej koszuli od brudnych talerzy, rozbicie nawet pokaźnej kolumny zastawy znaczy tyle, ile krzywdy jest w stanie ona wyrządzić człowiekowi. Zero krzywdy, zero znaczenia. Niech to się nie zmienia.

pozdrawiam, Betka

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s